Już w poniedziałek pisałam o książce Jacka Gałuszki, pod tytułem “Aria, do mnie!”. Nie jest to publikacja z tego gatunku, co “Lassie, wróć!”, tylko bardzo przystępny i krótki podręcznik na temat nauki przywołania, tylko i wyłącznie. Koncepcja takich małych i prostych poradników wydaje się być idealna dla tych, którzy nie lubią obciążać się od razu całą encyklopedią, tylko potrzebują recepty na konkretny problem.
U mojego psa, obecnie w wieku lat jedenastu, przywołanie było zawsze najsłabszym punktem programu. Wprawdzie skończyła dwie szkoły dla psów (w przed-klikerowych czasach), ale to wcale nie sprawiło, że na przykład oddawałaby aporty. Umie tylko przynieść coś, co się jej wrzuci do wody, bo przypływa zawsze najkrótszą drogą i wystarczy czekać w odpowiednim miejscu. Przez pewien czas umiała nawet w cywilizowany sposób usiąść przed człowiekiem, ale bardzo krótko to trwało, bo nie praktykowałyśmy. W końcu doszłyśmy do etapu kiedy takie formalności przestały być ważne. Przychodzi, kiedy jest coś ważnego, a jak jej coś rzucę, to łapie i idzie się tym pobawić.
Gdybym wtedy miała kliker i mądre książki oraz społeczności internetowe, to pewnie bym ją nauczyła, obecnie jednak nie mamy pociągu do wprowadzania większej dyscypliny. Książkę Jacka Gałuszki otrzymała właścicielka pewnego nadpobudliwego yorka, który z pasją ucieka z domu kiedy tylko pojawi się okazja… a przychodzi tylko wtedy, kiedy ma ochotę komuś wskoczyć na kolana. Na załączonym obrazku – Pchełka, mały, ale bardzo zdolny piesek.