“…pan Trąba złagodniał i dziękczynnie spojrzał ku niebiosom”, pisze autor “Tysiąca spokojnych miast”. Co się dzieje, gdy stajemy się łagodniejsi dla zwierząt, odpuszczając sobie ambicje sportowe, absolutne posłuszeństwo, dominację i pozostałą zawartość tej szuflady? Dokładnie nie wiem, pewnie trzeba by zapytać psychologa. Ale chodzą plotki, że na przykład nie tylko śmiech uzdrawia, ale nawet myślenie o śmiechu. Więc dlaczego łagodność, nawet jeśli początkowo jest sztuczna, nie miałaby nas od razu relaksować i pozbawiać stresu?
Lecznicze właściwości zwierząt znane są nie od dziś, bo przecież skąd się bierze dogoterapia, hipoterapia i uzdrawiające mruczenie kota. Ale nie uspokajają się i nie leczą się ci, którzy te zwierzęta nadmiernie eksploatują, w różnych celach. Dotyczy to albo tych osób, które jako pacjenci nic od zwierzaka nie chcą, tylko mają go głaskać, albo tych którzy na skutek pozytywnego szkolenia złagodnieją.
Ale jak złagodnieć, jeśli się jeszcze nie osiągnęło tej nirwany samoistnie? Bardzo prosto. Powiedzmy, że już zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki w szkoleniu klikerowym. Mamy już za sobą kilka sesji i zwierzak już próbuje wykonać jakieś czynności. Czasami mu się oczywiście nie udaje, a wtedy nie klikamy. Czasami robi coś złego i wtedy też nie nagradzamy. Kiedy pojawia się taki błąd, trzeba się po prostu śmiać! Wtedy będziemy albo klikać za pożądane zachowanie, albo reagować śmiechem, kiedy zwierzakowi się nie uda. Mamy stuprocentową gwarancję że będzie to pasmo sukcesów przerywanych śmiechem, nawet jeśli na początku musimy poćwiczyć. No i jak tu nie złagodnieć?